Przejdź do głównej zawartości

Posty

Orange box. Autumn

Tkanina Agnieszki

Wiedziałem już od jakiegoś czasu , że Agnieszka maluje, fotografuje, czasem pisze wiersze. Te norweskie tkaniny, chyba troszeczkę ukrywała do tej pory. Byłem na wernisażu w piątek w Cafe Wolność i zobaczyłem tam te materiały, naznaczone symbolami. Niekiedy to figuralia, a zdaje się, że jakieś kształty, ledwie zarysy runów bywają widoczne tutaj. Długie wstęgi płótna przypominające proporce wikińskich kog, dobijających do brzegów, może Brytanii . Czy są to Normanowie w jakimś czasie minionym, znaki Asgardu niosący przed sobą ? Agnieszka ucierała, mieszała ze sobą różnorodne pigmenty według tradycyjnych receptur norweskich. Pigmenty i spoiwa drukarskie. Coś z tej norweskości pozostało w tych barwach. Tak wiele tutaj ugrów, umbr i żółcieni. Musiałem sobie dużą część z tych kolorów wyobrażać w tym miejscu. Rozmyślać o ich świetlistości, emanacji energią. Był wieczór, barwy zgaszone, oddalone, wolałbym zobaczyć Tkaniny w Kredensie. Ale nie było to chyba możliwe. Agnieszka posiada...

Stary aparat nad rzeką

Rozstawiam statyw, gdzieś nad rzeką w wysokich trzcinach. Kiwa się na wietrze. Później mocuję aparat. Stary, metalowy, ciężki do bólu kręgosłupa. Przed wyjściem z domu sprawdzałem jak działa. Jakieś trybiki wewnątrz terkotały równomiernie, płócienna migawka przesuwała się z głośnym trzaskiem. Działa, jest dusza wewnątrz. Za oknem szaro, nieprzyjemnie, kot wraca szybko z balkonu i ogrzewa sobie łapy na moim ręku. Nie chciało mi się ruszać gdzieś z domu tego dnia. Ale wczoraj spotkałem O. Po wielu latach. O szukała jakichś warzyw w miasteczku i nie mogła znaleźć. Szukała chyba długo. Powiedziała mi, że czyta teraz Tajny Dziennik Mirona. To mnie uderzyło. Myślę o tym dzisiaj. Ja tak się tym ucieszyłem, że nie sam go czytam i lubię, że zyskałem nowe siły do twórczego działania i pojechałem te dwadzieścia kilometrów za miasto. Mam do zrobienia dwanaście klatek, taka jest objętość filmu. Marudziłem ,że to mało, a zrobiłem pięć. Wracam do analogowej fotografii, jej nieprzewidywal...

Szkice z podróży tramwajem średniowiecznym

Wyobraziłem sobie kiedyś, że dotykam aparatu po raz pierwszy. Aparat ma jeden przycisk, taki do "zrobienia" zdjęcia i oczko do kadrowania. Taki aparat ma jednak jakąś, własną mechaniczną autonomię. Ja i moje narzędzie, postrzegamy przestrzeń wokół, zupełnie inaczej. Poświęciłem się wyłącznie kadrowaniu, resztę pozostawiając prymitywnej dzisiaj już optyce. Świat przedstawiony. Barwy, kontury jakby nie stąd. Stamtąd - to znaczy skąd ? Postaci - może nawet bohaterowie ekscytujących życiorysów wykraczają poza kadry. Opowiadają własne, niekoniecznie autentyczne i zajmujące historie. Postawiłem mały krok, na ścieżce tych historii. Podróżowałem tramwajem, jak zawsze wzbudzając ciekawość ludzi. Da się z tym żyć, naprawdę. Na pomoście szynowego pojazdu, trójka dziewcząt śpiewała na głosy do towarzystwa koreańskiej komórce. W pewnej chwili jedna z dziewcząt postanawia porozmawiać z kimś po drugiej stronie telefonu - Tak ! Jedziemy kurwa, takim średniowieczny...

Ktoś na drodze

Powrót do krainy K.

Przed znakiem Stop, zastanawiam się, czy będzie jeszcze możliwość powrotu. Czy powrót w ogóle jest potrzebny ? Przychodzę tutaj ze starym aparatem. To jedno z tych miejsc, do których przychodzi się ze starym aparatem albo starym brulionem, chłonie atmosferę, a potem w domu wieczorem, pisze wiersze. Może pogłaszczę kota śpiącego na balkonie i pooglądam tylko te zdjęcia. Krainy K.

Na Bałutach, lipiec.

I znów tutaj jestem. Zapachy trochę inne , intensywniejsze niż przed rokiem. Ulica cicha, bez aut, tramwajów i przez to mniej kolorów. Nie widzę rowerów. I tego roweru. Bałuty jak zawsze poza czasem, chociaż wolę - wyjęte z czasu. Atmosfera, upał, te stroje i czasem bez strojów. Moja Hawana.