Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą Reportaż

Warta w kwadracie

 Wybrałem się w okolice Księżych Młynów z wiernym Pentaconem Sixem, wiedziony ciekowością tego miejsca. Miałem też oczywiście w pamięci opowieść o nadwarciańskich krajobrazach, pogrążonych w mgłach listopada. I sprawdziłem. Szalenie nastrojowe miejsce. Na pewno godne odwiedzenia jeszcze nie raz.  Naświetlenie negatywu odbyło się wg. wskazań światłomierza ręcznego. Jak wielką przyjemność sprawiła mi pełna kontrola, nad zdjęciem w tym miejscu ? Precz z cyfrą ! Paszoł von wyświetlacze LCD itd. Warto czasem spojrzeć na świat przez zwyczajną szklaną matówkę. Nie potrzebuje zasilania- przepraszam, potrzebuje światła.

Krótkie pisanie, o graniu Johna Portera w Łodzi

Wiadomość o koncercie Johna Portera dopadła mnie dość nieoczekiwanie. Pierwsza była M. Posłała zwyczajowo kilka oszczędnych słów, o tym, że będzie, że zagra tu i o tej,  ale zupełnie tak, jakby to nie było czymś istotnym. Chociaż wiedziałem już, bo przecież  znałem ten pozorny woal obojętności, dystansu i miałem pewność, że to jest, będzie istotne. Również dla M. Przebiegałem, bardziej może przeciskałem się przez Bieg Ulicą Piotrkowską  z szamoczącą się gdzieś myślą-  jak zagra dzisiaj stary bard z lat młodzieńczych ? Nie pamiętam i nie uważałem  Portera nawet w latach szaroosiemdziesiątych za outsidera, kontestatora na miarę choćby Kaczmarskiego czy Gintrowskiego. Jego winylowy longplay Helicopters w perelowskim m 4 został przewiercony na wylot  igłą gramofonu z łódzkiej Unitry Foniki i liczbą odtworzeń do potęgi "n" . A jednak był dla mnie zawsze kimś spoza głównego nurtu. Postacią podążającą własną drogą, o brzmieniu nie łatwym. Nie dla wszystkich i ...

Bardzo subiektywnie, o Fotofestiwalu 2016 w Łodzi.

Czarno - białe zdjęcia Davida Fahti, tegorocznego laureata Grand Prix Fotofestiwalu wywołały we mnie niespodziewaną nostalgię do czasu przeszłego, epoki wiary w potęgę nauki. A przy tym w potęgę sztuki jaką nadal jest fotografia w ogóle. Zdjęcia dotyczące eksperymentów z dziedziny fizyki kwantowej przyciągają swoją dokumentalną surowością , ale i staranną dobrze wykonaną pracą kompozycyjną. Proste kadry, obiekty i laboratoria CERNU, skupienie badaczy, prostopadłościenne bryły budynków i betonowych konstrukcji nierozpoznawalnego przeznaczenia. Widać było w tych obrazach fascynację Fahtiego naukami ścisłymi i staranne, wręcz akademickie przywiązanie do zasad kompozycji. Wydaje mi się, że fotograf nie musiał nawet przywoływać w tytule prac nazwiska wybitnego fizyka Wolfganga Ernsta Pauliego, aby nadać jakąś rangę temu cyklowi prac. Kadry i narracja obrazów, bronią się same. Zgrabne uwikłanie fikcji w rzeczywiste fotorelacje z 30 letnich doświadczeń fizyków ze szwajcarskiego CERN-u, uda...

Kraków modernistyczny. Cricoteka i MOCAK

Obraz Krakowa przechowuję od zawsze jako pewien rodzaj metafizycznego doświadczenia. Im częściej jednak Kraków się odwiedza, tym więcej dostrzega się tam muzealnej patyny. Nie sposób pozbyć się wrażenia erozji i zmurszałości wszystkiego dokoła. I gdyby tylko o patynę chodziło. Drażni mnie jakieś przelukrowanie historycznej części tego pięknego przecież miasta. Rynek i okolice, zdają się nie do zniesienia, od widoku całej parady, mniej lub bardziej cudacznych mimów, ich gatunkowej niespójności, pstrokacizny. Trudno jest się też pozbyć natrętnych, hałaśliwych typów nagabujących turystów na rozmaite atrakcje, w tym nocne. Przyjeżdżam tutaj od lat, i prawie wyłącznie te peregrynacje dotyczyły miejsc doświadczonych historią. Trzeba było jednak zerwać ten zatęchły całun  i zobaczyć odmłodzoną twarz tego miasta. Okazją do tego wydało mi się otwarcie, we wrześniu ubiegłego roku nowej Cricoteki przy ul. Nadwiślańskiej 2, a stamtąd już przecież tylko kilka kroków do MOCAKU...

Wieczór Luizy

Jakie są te wrześniowe wieczory? Jakie są, kiedy już jesteśmy tutaj w Domku na Górce w pociesznej odległości ośmiu kilometrów od Częstochowy ? Olsztyn. Spacerujemy ostrożnie po alejkach, uważając na znaki obecności kun. Widzę rozgryzione jajko, a krok dalej kupkę. Szmery w zaroślach niosą ekscytujące poczucie obecności tych zwierząt. A może to jednak koty ? Kociska...   Domek, widzi pan, ten domek ma swoją historię. Przystaję bo wiem, że to nie będzie zwyczajna historia. Pan Tadeusz opowiada. AK tutaj siedziało. Ponury. A było ich dwóch. Jeden w Świętokrzyskich a ten drugi tutaj. Esesmani przychodzili do tego domku na kawę. Ciotka żony, przedwojenna inteligencja, języki włoski, niemiecki znała, mówiła płynnie, perfekt. W domu książki, polskie, niemieckie wydania. Niemcy pożyczali, a jak się dowiedzieli, że ciotka gra na pianinie to przyłazili posłuchać wieczorami. Jak było głośno, to chłopaki z AK nadawali przez radiostację pod podłogą kuchni. I ja gapię się na tą ...

Werter nad Wartą.

Warta Okolice Strońska. Starorzecza Warty i Widawki. Widoki, pejzaże wcześniej nieodkryte. Umykały. Jakoś zawsze w ciszy, czekały na poboczu popularnych szlaków. Tliły się nieśpiesznie w myślach, że może jednak warto byłoby zobaczyć. Powdychać trochę tego wilgotnego nadwarciańskiego powietrza. Zachłysnąć się leniwym jesiennym wieczorem. No i stało się. Przemierzałem łąki, pola zalewowe, pastwiska, oczka torfowisk, wały przeciwpowodziowe. Zaglądałem do porośniętych mchem bunkrów, wsłuchując się w chwałę bohaterów września . Szedłem z Werterem w duszy i głowie. Wędrowałem dzikimi ścieżkami jako Werter. Starorzecza   Wejście na wał przeciwpowodziowy. Ciągnie się kilometrami. Musiałem zawrócić...   Widok z wału na wieżę romańskiego kościoła w  Strońsku   Pastwiska na terenach zalewowych Warty   Znów Warta. Leniwa...   Tą drogą można dotrzeć do...   ...doskonale zamaskowanych polskich bunkrów z września...

Olsztyn k. Częstochowy. Polska na bocznych drogach

Kolejna podróż sentymentalna. Można by rzec werterowska. Pośród romantycznych wapiennych ruin zamków z okresu króla Kazimierza. Zapach traw, huk wiatru w skroniach, biała dama najzupełniej realna. Ja z fragmentami Woltera w głowie z analiz prof. Nasalskiej. Nadal w pamięci. Wędruję, niestety nie w epoce Wertera, nie w jego stroju.  Zapomniane już teraz, dzisiaj - Sturm und Drang. Napór i Burza. Po drodze napotykam tutejsze zjawy, upiory, polskie strachulce - zamkowych pomurników, jarmarcznych gębaczy, strzygonie, utopców, wąpierzy, leśne jędze czy przyczajonych przy szlakach, tuż po zachodzie słońca wilkołków i nocnice... Cudowne fantasmagorie tej krainy ostanców. Nie byliście ? Żałujcie.