Przejdź do głównej zawartości

Posty

A w Krakowie...

Znajomy wyznawca Krakowa i wszystkiego co krakowskie powiedział mi kiedyś, że Kraków ma swój indywidualny zapach. Po latach sens tego stwierdzenia stał się dla mnie bardziej czytelny. Kraków jako miejsce mistyczne, niewyobrażalnie barwne, czasem pomnikowe , czasem jarmarczne. Przeszedłem stare miasto, z pragnieniem przybysza z zewnątrz na uchwycenie ducha Krakowa. To bardzo subiektywne widzenie, trochę ciekawskie, wtykające nos w wąskie uliczki w obrębie Plant. Podobnie jak chińskiej wycieczce na ostatnim zdjęciu, mało mi jeszcze tego Krakowa.    

Kawa

Kawy dostajemy w wysokich szklankach. Latte. Doskonałe, ale ja przekornie mówię, że w Affogato mają lepsze. Renata pokazuje mi jakąś antyczną metalową kasę na ladzie. Chciałaby taką mieć u siebie. Mam sfotografować dla niej, żeliwne suszarki do kubków. Kolejny prawdopodobny eksponat do kolekcji. Robię zdjęcia tym suszarkom, a Renata skinieniem głowy wskazuje, które podobają jej się szczególnie. Płaci za nasze kawy. Ja zupełnie bez grosza. Nieswojo. Ale nie przy niej. Kelnerka przygląda mi się ciekawie,  Renata tłumaczy, że jestem fotografem. Jakby to miało uspokoić obsługę kawiarni. I uspokaja. A fotografem nie jestem. Dla niej jednak tak. I muszę się z tym zgodzić. Mam już przydzielone zadanie na lato. Będę malował motyw lawendy na torebkach i torbach na zakupy - motyw jest na woreczku zawieszonym na ścianie. Torby mają być z materiału, ekologiczne. Później inne wzory. Zobaczy się. Pytam, kto to będzie kupował ? O widzisz, takie babki jak ta. Rozglądam się dokoła. Teraz ...

Opowiem o Łodzi . cz 1

Personifikacja głównych symboli miasta. Wolność, Przemysł i Handel. Alegoryczna rzeźba zdobi szczyt pałacu Juliusza Heinzla. Piotrkowska 104. Obecnie Urząd Miasta Organizm mojego miasta jest wciąż młody. Początek wieku XIX to okres jego dojrzewania. Była wówczas Łódź prawdziwym tyglem narodowościowym i kulturowym. Polacy, Żydzi, Rosjanie, Czesi, Morawianie, Brandenburczycy, Saksończycy. Wszystkie te nacje pozostawiły po sobie świadectwo - charakterystyczne piętno zamknięte już tylko w fotografiach, sztuce, przedmiotach i architektonicznych bryłach budynków. Monstrualne katedry przemysłu – fabryki włókiennicze i ich owoce w postaci pałaców fabrykantów i bankierów oraz ceglane famuły dla robotników. Świat niepiękny, nieromantyczny ale szalenie ciekawy i intrygujący do dziś. Odbiór Łodzi jako miejsca do zwiedzania wymaga pewnej specyficznej, odrębnej wrażliwości. Jakiegoś wewnętrznego dostrojenia do Jej nerwu, miarowego rytmu industrialnego. Dawniej było mi niezwykle trudno o ta...

Opowiem o moim mieście.

Odkrywamy je na nowo. Miejsca, które pozornie znamy. Tutaj się stawaliśmy, budowaliśmy tożsamość. Zdarza się, że czasami ją tracimy. Zmierzamy ku nowemu, nie oglądając się za siebie. Wybrałem się w wędrówkę pieszą po najpiękniejszych miejscach mojego miasta. Sentymentalną. W miłym towarzystwie bibliotekarzy łódzkich. Spróbowałem odzyskać własną tożsamość, określić się, kim jestem i skąd przychodzę. To wędrówka nie tylko dla mnie. Dla Agnieszki, Marcina, Di Em i wielu innych, których wiatry historii poniosły z  ziemi łódzkiej obiecanej do nowej ziemi obiecanej za kanałem La Manche. Na szerszą relację zapraszam już niebawem. A dzisiaj umieszczam mój lustrzany autoportret  z pałacu  Maksymiliana Goldfedera przy Piotrkowskiej 77 .

Znów w ogrodzie Edgara

Byłem tutaj dwa lata temu. Szczęśliwy. Kombinowaliśmy wtedy z Edgarem nad kompozycją. Ukazaniem piękna Ogrodu, detali, planów trochę malarskich. Ale tym razem spotkaliśmy się tutaj w szerszym gronie przyjaciół. Nie chcę pokazywać tych wszystkich sytuacji typowych dla letnich miejsc spotkań. Tego całego biesiadowa. Ile już widzieliśmy podobnych fotografii ? Podobało mi się światło tego dnia. Ciepłe. Raz żółcienie, a potem biel i oranże pod wieczór. Popatrzyłem na Edgara. Oparty o ścianę pod baldachimem winobluszczu pięcioklapowego, przypominał pieśniarza Fado z Coimbry. Słońce przeświecało  cętkami, wielokątami plamek  tańcząc nam na nosach. Pomyślałem o zdjęciu z kilkoma planami, przestrzenią. Może takim, które to portugalskie Fado pomogłoby wywołać z wyobraźni. Które oddałoby trochę nastroju, temperatury tamtego dnia i spotkania po długim czasie.

Zdarzyło się w kwietniu. Clos Montblanc Syrah

Popatruję przez okno, na tę żałosną pogodę majową. Chłód. Deszcz. Może to maj, może sierpień. Wspominam tamten kwietniowy wieczór z Agnieszką i Marcinem. Próbowałem sobie po przerwie w pisaniu tutaj, określić ogólny zarys tego tekstu. Jak pisać o winie, kiedy znów tyle wydarzyło się obok. Chłód. Początek kwietnia. Spotkaliśmy się z Agnieszką po tak długim okresie niewidzenia, że boję się sam przed sobą myśleć o tym , jak długim. Wino urosło tego dnia, do rangi pomnikowego symbolu. Wino jako wspólny mianownik tego spotkania. Wino na powitanie. Wino na pożegnanie. Czekało niespokojnie na nas w ceglanym bloku z lat 50-tych. Kawalerka, ulica Harcerska. Siedzimy w kuchni, trochę żółtawi od światła lampy. Przyglądam się butelce. Ciemna, nieprzenikniona i jeszcze nieodkryta zawartość. Obiecujący napis premium na etykiecie. Wino pochodzi z prowincji Terragona w Katalonii. Marcin niewiele o nim wie, albo czeka na to, co powiem. Ale tego dnia, nie wino przecież było dla mnie n...

Valpolicella Zenato. Wino pod strzechą

Miałem napisać dzisiaj o zapachu. Jakie ma dla mnie znaczenie, w odbiorze wina. Ale nie daje mi spokoju myśl o pewnej idei. Chodzi o sprowadzanie wina pod strzechy. O   pisanie, o winie w niższych rejestrach, odbrązowienie go, zdjęcie przyprawionej gęby przez pokolenia pijącej klasy wyższej, trunku dla elit. Pierwszy był Michał. Pełno światełek na mieście. Zadymka jak jasna cholera, wysiadłem z tramwaju, w którym usłyszałem dyskusję, o nie istnieniu gdzieś, na czymś, w czymś. W internecie. Fejsbuku. Word podkreśla mi słowo - „internecie". Dla Worda nie ma internetu. Całego. Idę zatem Kościuszki, boleśnie świadom własnego niebytu . Prawie na oślep przeciskam się w przedświątecznym korowodzie postaci i marznę. Marznę bo to chyba śnieg i niepogoda. Może deszcz, a na pewno zima i święta. Bez wina przecież nie można. No   nie da się zwyczajnie. Skręcam do Michała, a tutaj cichutko, przytulnie i ciepło bije po spieczonej mrozem i niebytem gębie od samiuteńkie...