Przejdź do głównej zawartości

Posty

Dzieci z kwadratu

Zdarza mi się znaleźć, a przy tym poświęcić (naprawdę poświęcić), całkiem niemało czasu dla tradycyjnej fotografii. Nie polubiłem określenia - analogowa, bo to też brzmi jakoś cyfrowo. Format tych mini portretów jest kwadratowy, taki na jaki pozwala stary Pentacon 6x6. Jakość tego sprzętu, mechanika, optyka oraz jakaś ogólna, genialna myśl techniczna pozostawiają gdzieś daleko z tyłu dzisiejsze lustrzanki cyfrowe. Nadszedł moment, kiedy powiedziałem dość sterylnym fotkom z cyfry. Powiększałem te fotografie podczas dwóch ostatnich upalnych nocy. Mdlące opary unoszące się z nad kuwet w uszczelnionej kuchni - ciemni, to wrażenia jakich nie dostarczy mi nawet najbogatszy pakiet fotoshopa. Pomimo tego cieszyłem się z pełnej kontroli nad powoli pojawiającym się obrazem na papierze. Niektóre z odbitek naświetlałem dłużej, bądź nawet nie doświetlałem dla wywołania pożądanego efektu. Każda z nich nawet w powielanym ujęciu była jednak inna, nie powtarzalna. Buja...

Kraków modernistyczny. Cricoteka i MOCAK

Obraz Krakowa przechowuję od zawsze jako pewien rodzaj metafizycznego doświadczenia. Im częściej jednak Kraków się odwiedza, tym więcej dostrzega się tam muzealnej patyny. Nie sposób pozbyć się wrażenia erozji i zmurszałości wszystkiego dokoła. I gdyby tylko o patynę chodziło. Drażni mnie jakieś przelukrowanie historycznej części tego pięknego przecież miasta. Rynek i okolice, zdają się nie do zniesienia, od widoku całej parady, mniej lub bardziej cudacznych mimów, ich gatunkowej niespójności, pstrokacizny. Trudno jest się też pozbyć natrętnych, hałaśliwych typów nagabujących turystów na rozmaite atrakcje, w tym nocne. Przyjeżdżam tutaj od lat, i prawie wyłącznie te peregrynacje dotyczyły miejsc doświadczonych historią. Trzeba było jednak zerwać ten zatęchły całun  i zobaczyć odmłodzoną twarz tego miasta. Okazją do tego wydało mi się otwarcie, we wrześniu ubiegłego roku nowej Cricoteki przy ul. Nadwiślańskiej 2, a stamtąd już przecież tylko kilka kroków do MOCAKU...

Wieczór Luizy

Jakie są te wrześniowe wieczory? Jakie są, kiedy już jesteśmy tutaj w Domku na Górce w pociesznej odległości ośmiu kilometrów od Częstochowy ? Olsztyn. Spacerujemy ostrożnie po alejkach, uważając na znaki obecności kun. Widzę rozgryzione jajko, a krok dalej kupkę. Szmery w zaroślach niosą ekscytujące poczucie obecności tych zwierząt. A może to jednak koty ? Kociska...   Domek, widzi pan, ten domek ma swoją historię. Przystaję bo wiem, że to nie będzie zwyczajna historia. Pan Tadeusz opowiada. AK tutaj siedziało. Ponury. A było ich dwóch. Jeden w Świętokrzyskich a ten drugi tutaj. Esesmani przychodzili do tego domku na kawę. Ciotka żony, przedwojenna inteligencja, języki włoski, niemiecki znała, mówiła płynnie, perfekt. W domu książki, polskie, niemieckie wydania. Niemcy pożyczali, a jak się dowiedzieli, że ciotka gra na pianinie to przyłazili posłuchać wieczorami. Jak było głośno, to chłopaki z AK nadawali przez radiostację pod podłogą kuchni. I ja gapię się na tą ...

Małe Formy Grafiki w Łodzi

Wybrałem się. Właściwie wybraliśmy się z A. Galeria Willa i tuż pod nią Galeria Chimera w pięknym, zupełnie niedawno odrestaurowanym, secesyjnym klejnocie architektury zaprojektowanym przez Gustawa Landaua Gutentegera. Dziesiątki grafik nadesłano z 62 krajów, na piętnastą edycję Triennale Grafiki w Łodzi. Na wystawę dotarłem dzień po wernisażu. Miejsce niezwykłe na tle szeregu obskurnych kamienic dokoła. W salach kilkoro ludzi poza nami. Miasto chyba nie potrafi się pochwalić tym co ma cennego, zachęcić kogoś do przyjścia tutaj. A przecież to wystawa i prace wyjątkowe. Grafiki w w swoim najszlachetniejszym wydaniu. Akwaforty, akwatinty, staloryty, sucha igła ShigekiegoTomury. Jego Drzewa. M. zobaczył znak na folderze autorskich prac Tomury i od razu wiedział, że chodzi o drzewo. Narysowałem znak kredką na kartonie i  oddałem się jakiejś dalekowschodniej transcendencji. Wcześniej,  podczas oglądania tych prac wykonywanych techniką suchej igły, czułem się podobnie. Chociaż o fi...

Werter nad Wartą.

Warta Okolice Strońska. Starorzecza Warty i Widawki. Widoki, pejzaże wcześniej nieodkryte. Umykały. Jakoś zawsze w ciszy, czekały na poboczu popularnych szlaków. Tliły się nieśpiesznie w myślach, że może jednak warto byłoby zobaczyć. Powdychać trochę tego wilgotnego nadwarciańskiego powietrza. Zachłysnąć się leniwym jesiennym wieczorem. No i stało się. Przemierzałem łąki, pola zalewowe, pastwiska, oczka torfowisk, wały przeciwpowodziowe. Zaglądałem do porośniętych mchem bunkrów, wsłuchując się w chwałę bohaterów września . Szedłem z Werterem w duszy i głowie. Wędrowałem dzikimi ścieżkami jako Werter. Starorzecza   Wejście na wał przeciwpowodziowy. Ciągnie się kilometrami. Musiałem zawrócić...   Widok z wału na wieżę romańskiego kościoła w  Strońsku   Pastwiska na terenach zalewowych Warty   Znów Warta. Leniwa...   Tą drogą można dotrzeć do...   ...doskonale zamaskowanych polskich bunkrów z września...

Barwy Jesieni

Gdzie zobaczyć Ją można najpełniej, jeśli nie w ogrodzie ? Pojechałem. Dzień pochmurny. Edgar w barwnej koszuli przywitał mnie na werandzie. Przyjechał też Mały. Stwierdził, że będzie padać. Prawie nie wspominamy, rozmowa oficjalna. Rozglądam się po tych barwach wokół. Winobluszcz nabrał jakiejś winiarskiej dojrzałości. Na tym tle słonecznik - mocna żółć. Chyba ostatni w tym roku. Krzewy winorośli. Jeszcze tydzień i satynowe grona wylądują w balonie. Ale bez cukru chyba się nie obejdzie. Potem obserwujemy kota. Biały, dobrze wypasiony, przychodzi od dawna. Pojawiły się nornice. Deszcz, idziemy pod parasolem jak bracia. Mały idzie przed nami bez parasola. A co tam taki deszczyk zrobi ? A. zapytała mnie kiedyś, dlaczego taki fajny facet nie ma samochodu. Nie jestem fajny. Chyba nie chcę być. Wsiadam w 69-kę i jadę domu. Pada.