wtorek, 26 lipca 2016

Bardzo subiektywnie, o Fotofestiwalu 2016 w Łodzi.

Czarno - białe zdjęcia Davida Fahti, tegorocznego laureata Grand Prix Fotofestiwalu wywołały we mnie niespodziewaną nostalgię do czasu przeszłego, epoki wiary w potęgę nauki. A przy tym w potęgę sztuki jaką nadal jest fotografia w ogóle.
Zdjęcia dotyczące eksperymentów z dziedziny fizyki kwantowej przyciągają swoją dokumentalną surowością , ale i staranną dobrze wykonaną pracą kompozycyjną. Proste kadry, obiekty i laboratoria CERNU, skupienie badaczy, prostopadłościenne bryły budynków i betonowych konstrukcji nierozpoznawalnego przeznaczenia. Widać było w tych obrazach fascynację Fahtiego naukami ścisłymi i staranne, wręcz akademickie przywiązanie do zasad kompozycji. Wydaje mi się, że fotograf nie musiał nawet przywoływać w tytule prac nazwiska wybitnego fizyka Wolfganga Ernsta Pauliego, aby nadać jakąś rangę temu cyklowi prac. Kadry i narracja obrazów, bronią się same.
Zgrabne uwikłanie fikcji w rzeczywiste fotorelacje z 30 letnich doświadczeń fizyków ze szwajcarskiego CERN-u, udało się Fahtiemu wyśmienicie, stąd też nagroda główna dla francuskiego fotografa ma tutaj pełne uzasadnienie.Jednak tematyka tych zdjęć odległa jest od hasła przewodniego Fotofestiwalu- czyli podróży. Hit the road...




Fascynujący wydał mi się nowy anturaż Artinkubatora przy Tymienieckiego 3. Postfabryczne ceglane wnętrza to idealne środowisko do wystawiania sztuki. To także emblematyczne miejsce tego miasta. Nowe, bo odnowione  miejsce i nowa ikona industrialnej Łodzi. Pozwoliłem sobie na subiektywny spacer po Fotofestiwalu, posuwając się powolnym krokiem wstecz.



















Ucichły już komentarze po wydarzeniu, Zachwyty, niesmaki. Można napisać teraz, coś zupełnie od siebie. Zostało w pamięci tylko to, co miało zostać.
Choćby Trylogia Lewantyńska Rity Leistner. Liban, Izrael i Palestyna fotografowane w latach 2006 - 16. Panoramy miast Bliskiego Wschodu, często ludzi na tle  własnych, zbombardowanych domów. Zasieki, cementowe mury z prefabrykatów, izraelskie checkpointy wyglądające niczym drugowojenne bunkry. Lewant ukazany i widziany przez Leistner to pełne dramatyzmu rozległe panoramy sklejone jakby trochę przypadkowo, ale wiele z tych wschodnich urbanistycznych pejzaży przywodzi na myśl weduty ze starych rycin. Jest w tym wszystkim jakieś napięcie, cierpienie i ból, o teatralnym rozmachu ukazane w mistrzowski sposób, tak jak przedstawiał to Goya w "Okropnościach wojny".






Pochodzący z Holandii Friso Spoelestra odkrywa przed obserwatorem , będące często w ukryciu ceremonie i obrzędy ludowe Europy. To najbardziej metafizyczne zdjęcia z jakimi zetknąłem się w ostatnim czasie. Nie ma w nich wyrafinowanej kompozycji, konceptualnych zabiegów czy technicznych sztuczek postprodukcji. Obserwowałem jednak uderzającą prostotę tych zdjęć, o dokumentalnym, wyrazistym charakterze. I wydawało się, że miały chyba w zamyśle samego autora nieść tak obiektywny przekaz na temat kultywowanych nadal wierzeń, na jaki tylko fotograf może sobie pozwolić. Jest tu jakaś pierwotna siła, z domieszką kusząco atrakcyjnych obrazów, ilustrujących odprawianie pradawnych kultów.




O Madchenland niemieckiej fotografki Karolin Kluppel, myślałem zupełnie w kategoriach utopijnego społeczeństwa, które nie ma prawa istnieć i przetrwać. Zwłaszcza w Indiach. W stanie  Meghalaya lud Khasi   reprezentowany jest przez kobiety. Kobiety pełnią tutaj role przywódcze dla całej, liczącej ponad milion społeczności. Kobiety są kimś, o najwyższej randze w rodzinie. Zupełnie niezależne, mentalnie i ekonomicznie. Społeczność martylinearna i matriarchalna. Utopijna ? Na szczęście nie. Królestwo kobiet. Królestwo dziewczynek. Byłem oczarowany tym światem, który wydaje się być bardziej odległy i niedostępny od samych Indii.






środa, 12 sierpnia 2015

Dzieci z kwadratu


















Zdarza mi się znaleźć, a przy tym poświęcić (naprawdę poświęcić), całkiem niemało czasu dla tradycyjnej fotografii. Nie polubiłem określenia - analogowa, bo to też brzmi jakoś cyfrowo.

Format tych mini portretów jest kwadratowy, taki na jaki pozwala stary Pentacon 6x6.
Jakość tego sprzętu, mechanika, optyka oraz jakaś ogólna, genialna myśl techniczna pozostawiają gdzieś daleko z tyłu dzisiejsze lustrzanki cyfrowe. Nadszedł moment, kiedy powiedziałem dość sterylnym fotkom z cyfry.

Powiększałem te fotografie podczas dwóch ostatnich upalnych nocy. Mdlące opary unoszące się z nad kuwet w uszczelnionej kuchni - ciemni, to wrażenia jakich nie dostarczy mi nawet najbogatszy pakiet fotoshopa. Pomimo tego cieszyłem się z pełnej kontroli nad powoli pojawiającym się obrazem na papierze. Niektóre z odbitek naświetlałem dłużej, bądź nawet nie doświetlałem dla wywołania pożądanego efektu. Każda z nich nawet w powielanym ujęciu była jednak inna, nie powtarzalna. Bujanie kuwetą z wywoływaczem to jednak zupełnie inne doznania, niż oczekiwanie na wydruk z plastikowej drukarki.

Stare obiektywy, ich soczewki, zeissowskie w przypadku Pentacona , nadawały niezwykłą plastyczność obrazu negatywom. Kiedy porównuję zdjęcia tych samych dzieci sfotografowanych przy pomocy cyfry i aparatu na film, okazuje się, że w tych drugich postaci są jakby bardziej trójwymiarowe, wypukłe. Naturalnie cyfrowa fotografia pociąga swoją natychmiastowością, w widzeniu i przetwarzaniu gotowego obrazu, ale cóż z tego skoro pozbawiona jest życia.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Kraków modernistyczny. Cricoteka i MOCAK








Obraz Krakowa przechowuję od zawsze jako pewien rodzaj metafizycznego doświadczenia. Im częściej jednak Kraków się odwiedza, tym więcej dostrzega się tam muzealnej patyny. Nie sposób pozbyć się wrażenia erozji i zmurszałości wszystkiego dokoła. I gdyby tylko o patynę chodziło. Drażni mnie jakieś przelukrowanie historycznej części tego pięknego przecież miasta. Rynek i okolice, zdają się nie do zniesienia, od widoku całej parady, mniej lub bardziej cudacznych mimów, ich gatunkowej niespójności, pstrokacizny. Trudno jest się też pozbyć natrętnych, hałaśliwych typów nagabujących turystów na rozmaite atrakcje, w tym nocne. Przyjeżdżam tutaj od lat, i prawie wyłącznie te peregrynacje dotyczyły miejsc doświadczonych historią. Trzeba było jednak zerwać ten zatęchły całun  i zobaczyć odmłodzoną twarz tego miasta. Okazją do tego wydało mi się otwarcie, we wrześniu ubiegłego roku nowej Cricoteki przy ul. Nadwiślańskiej 2, a stamtąd już przecież tylko kilka kroków do MOCAKU. Oba te miejsca, wspaniale kontrastujące ze starym miastem, są wybitne nie tylko pod względem esencji artystycznej, ale zachwycają też oryginalnymi bryłami architektonicznymi.



Cricoteka. Połączenie piękna Cortenu i magii lustra








Cricoteka jest wbrew własnym ekspozycjom, miejscem pełnym życia



Zauroczony byłem samym już wyglądem nowej Cricoteki. Cricoteka z założenia ma być Ośrodkiem Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora. Powstała według projektu dwóch krakowskich pracowni architektonicznych, Wizja i nsMoonstudio. Ściany gmachu wykonano ze stali cortenowskiej. Corten z czasem pokrywa się charakterystycznym rudawym tlenkiem, co przypomina korozję. Jest jednak odporny, na nie długotrwałe działanie wody. Struktura stalowych paneli ścian ma nawiązywać do twórczości Tadeusza Kantora, jego rysunków, instalacji w tym teatralnych, jego zmagań z materią i jej deformacją. Cricoteka jakby otula sobą i swoim miękkim lustrzanym podbrzuszem budynek XIX wiecznej elektrowni. Odbicia w lustrzanym stropie tworzą dodatkową, niematerialną przestrzeń, w której miałoby się ochotę pozostać na dłużej. Plac pod Cricoteką ma w przyszłości posłużyć do działań performatywnych.



Umarła klasa






Rowerek


Zlew (nadal działający) ze spektaklu " Niech sczezną artyści"


Kąpiąca się z "Kurki wodnej"


Od zawsze próbowałem, i to jest chyba właściwe słowo tutaj, próbowałem poznać niezwykłe teatrum Kantora. Wszystkie jego ambalaże dojmującej rzeczywistości. Rzeczywistości przedmiotów niższej rangi, jak nazywał to sam Kantor, choćby krzesła. Interesowały mnie zatrważające inscenizacje jego przedstawień. Ba ! Same przedstawienia. Można trochę pouczestniczyć w świecie Kantora oglądając stałą ekspozycję z elementami inscenizacji sztuk. Jest tutaj cała, wykonana z papier mache upiorna „Umarła klasa”. Kto z nas, przejdzie obojętnie obok tych ławek ? Nie sposób też, nie zatrzymać się przy "Kąpiącej się" ze spektaklu- "Kurka wodna".



Dzieci w wózku na śmieci. "Teatr informel"


Teatr Kantora, teatr otwarty, happeningi, informel, cricotage, a w późniejszym okresie teatr nazwany teatrem śmierci to zjawiska i nurty fascynujące odbiorców i jednocześnie porażające swoim hermetyzmem i osobnością.




Wnętrze MOCAKU



MOCAK stanowi, pomimo teraźniejszej funkcji pełnienia muzeum sztuki współczesnej, pewną przeciwwagę dla Cricoteki. Budynek, a raczej zespół budynków umieszczonych na różnych wysokościach, co wyraźnie widać dopiero wewnątrz, został zaprojektowany przez włoskiego architekta Claudio Nardiego. Muzeum miało scalić się postprzemysłową bryłą z pozostałościami fabryki i muzeum Oskara Shindlera, do której teraz bezpośrednio przylega. Wydaje mi się, że te zamierzenia udało się tutaj zrealizować. Chociaż przyznam, że najbardziej przyciągnął moją uwagę surowy fronton z płyt betonowych i napisem MOCAK. Wewnątrz, natychmiast po wejściu narzuca się przestrzeń hal ekspozycyjnych. Ilość światła jaka dociera do wnętrza, nawet pomimo mało słonecznego dnia, poprawia nastrój i wzmacnia percepcję zgromadzonych dzieł sztuki z ostatniego dwudziestolecia.


Jedna z prac malowanych markerami Edwarda Dwurnika. Nikifory


Ekspozycja prac Nikifora


Fragment tryptku Katarzyny Górnej


Hiperrealizm Małgorzaty Blamowskiej



 Szczególnie podobał mi się wielkoformatowy tryptyk fotografii Katarzyny Górnej o wdzięcznym tytule , Fuck me, Fuck you, Peace. Dzieło nie wymaga dodatkowego objaśnienia. To bardzo czytelny manifest artystki. Odmiennych doznań dostarcza oglądanie "Nikiforów" Edwarda Dwurnika. Widać tutaj prawdziwą eksplozję markerowych, intensywnych barw zawartą w komiksowych, szalenie humorystycznych opowiastkach inspirowanych twórczością Nikifora Krynickiego.
Taki odkurzony, współczesny Kraków bardzo mi się spodobał. Dlaczego jednak w tytule wpisu użyłem określenia, modernistyczny ? Obydwa doskonałe projekty, nowa Cricoteka i MOCAK skojarzyły mi się ze śmiałymi bryłami willi modernistycznych Krakowa, czy też  Domu Plastyków przy ulicy Łobzowskiej, wybitnego architekta okresu międzywojennego Adolfa Szyszko Bohusza.  

niedziela, 14 września 2014

Wieczór Luizy






Jakie są te wrześniowe wieczory? Jakie są, kiedy już jesteśmy tutaj w Domku na Górce w pociesznej odległości ośmiu kilometrów od Częstochowy ? Olsztyn. Spacerujemy ostrożnie po alejkach, uważając na znaki obecności kun. Widzę rozgryzione jajko, a krok dalej kupkę. Szmery w zaroślach niosą ekscytujące poczucie obecności tych zwierząt. A może to jednak koty ? Kociska...   Domek, widzi pan, ten domek ma swoją historię. Przystaję bo wiem, że to nie będzie zwyczajna historia. Pan Tadeusz opowiada. AK tutaj siedziało. Ponury. A było ich dwóch. Jeden w Świętokrzyskich a ten drugi tutaj. Esesmani przychodzili do tego domku na kawę. Ciotka żony, przedwojenna inteligencja, języki włoski, niemiecki znała, mówiła płynnie, perfekt. W domu książki, polskie, niemieckie wydania. Niemcy pożyczali, a jak się dowiedzieli, że ciotka gra na pianinie to przyłazili posłuchać wieczorami. Jak było głośno, to chłopaki z AK nadawali przez radiostację pod podłogą kuchni. I ja gapię się na tą podłogę. Kwadrat wejścia w podłodze odcina się na linoleum. W drugim domku, wie pan, dziewięciu Żydów się ukrywało. I przeżyli wojnę. A zdjęcia można tutaj zrobić ? Niech pan robi. Artyści tutaj bywali. Profesor z Wrocławia, z ASP, grafikę nawet zostawił, o to ta.
Potem myślę o tych zdjęciach. Zapisać chwilę, zapisać ten wieczór ale bez kombinowania, po prostu. Od jednego razu, bez długich przymiarek, wrażeniowo. Sadzam Luizę na ganku. Tu i tu usiądziesz, z kubkiem herbaty, a może lepiej bez tego. Musi być jakaś atmosfera tego miejsca. Nastrój, pamięć, zamyślenie. Historia. I ta z wczoraj, z innych wrześniowych wieczorów, i ta stająca się teraz. 





 


piątek, 4 lipca 2014

Małe Formy Grafiki w Łodzi

Wybrałem się. Właściwie wybraliśmy się z A. Galeria Willa i tuż pod nią Galeria Chimera w pięknym, zupełnie niedawno odrestaurowanym, secesyjnym klejnocie architektury zaprojektowanym przez Gustawa Landaua Gutentegera. Dziesiątki grafik nadesłano z 62 krajów, na piętnastą edycję Triennale Grafiki w Łodzi. Na wystawę dotarłem dzień po wernisażu. Miejsce niezwykłe na tle szeregu obskurnych kamienic dokoła. W salach kilkoro ludzi poza nami. Miasto chyba nie potrafi się pochwalić tym co ma cennego, zachęcić kogoś do przyjścia tutaj. A przecież to wystawa i prace wyjątkowe. Grafiki w w swoim najszlachetniejszym wydaniu. Akwaforty, akwatinty, staloryty, sucha igła ShigekiegoTomury. Jego Drzewa. M. zobaczył znak na folderze autorskich prac Tomury i od razu wiedział, że chodzi o drzewo. Narysowałem znak kredką na kartonie i  oddałem się jakiejś dalekowschodniej transcendencji. Wcześniej,  podczas oglądania tych prac wykonywanych techniką suchej igły, czułem się podobnie. Chociaż o filozofii zen i kontakcie człowieka z bóstwem kami poprzez czystą, nieskalaną naturę, nie wiem prawie nic.


















Pozorna prostota i naiwność brazylijskiej grafiki









Włoski barok w grafice



Grafika z Litwy. Zastanawiające zestawienie znanych twarzy






Prace z Japonii. Zdecydowanie najciekawsze






Drzewa Tomury można obejrzeć w galerii Re:medium. Piotrkowska 113.



sobota, 5 października 2013

Werter nad Wartą.

Warta

Okolice Strońska. Starorzecza Warty i Widawki. Widoki, pejzaże wcześniej nieodkryte. Umykały. Jakoś zawsze w ciszy, czekały na poboczu popularnych szlaków. Tliły się nieśpiesznie w myślach,
że może jednak warto byłoby zobaczyć. Powdychać trochę tego wilgotnego nadwarciańskiego
powietrza. Zachłysnąć się leniwym jesiennym wieczorem. No i stało się. Przemierzałem łąki, pola
zalewowe, pastwiska, oczka torfowisk, wały przeciwpowodziowe. Zaglądałem do porośniętych mchem bunkrów, wsłuchując się w chwałę bohaterów września . Szedłem z Werterem w duszy i głowie. Wędrowałem dzikimi ścieżkami jako Werter.


Starorzecza
 

Wejście na wał przeciwpowodziowy. Ciągnie się kilometrami. Musiałem zawrócić...
 

Widok z wału na wieżę romańskiego kościoła w  Strońsku
 

Pastwiska na terenach zalewowych Warty

 
Znów Warta. Leniwa...

 



Tą drogą można dotrzeć do...
 

...doskonale zamaskowanych polskich bunkrów z września 1939 r.