niedziela, 12 kwietnia 2015

Kraków modernistyczny. Cricoteka i MOCAK








Obraz Krakowa przechowuję od zawsze jako pewien rodzaj metafizycznego doświadczenia. Im częściej jednak Kraków się odwiedza, tym więcej dostrzega się tam muzealnej patyny. Nie sposób pozbyć się wrażenia erozji i zmurszałości wszystkiego dokoła. I gdyby tylko o patynę chodziło. Drażni mnie jakieś przelukrowanie historycznej części tego pięknego przecież miasta. Rynek i okolice, zdają się nie do zniesienia, od widoku całej parady, mniej lub bardziej cudacznych mimów, ich gatunkowej niespójności, pstrokacizny. Trudno jest się też pozbyć natrętnych, hałaśliwych typów nagabujących turystów na rozmaite atrakcje, w tym nocne. Przyjeżdżam tutaj od lat, i prawie wyłącznie te peregrynacje dotyczyły miejsc doświadczonych historią. Trzeba było jednak zerwać ten zatęchły całun  i zobaczyć odmłodzoną twarz tego miasta. Okazją do tego wydało mi się otwarcie, we wrześniu ubiegłego roku nowej Cricoteki przy ul. Nadwiślańskiej 2, a stamtąd już przecież tylko kilka kroków do MOCAKU. Oba te miejsca, wspaniale kontrastujące ze starym miastem, są wybitne nie tylko pod względem esencji artystycznej, ale zachwycają też oryginalnymi bryłami architektonicznymi.



Cricoteka. Połączenie piękna Cortenu i magii lustra








Cricoteka jest wbrew własnym ekspozycjom, miejscem pełnym życia



Zauroczony byłem samym już wyglądem nowej Cricoteki. Cricoteka z założenia ma być Ośrodkiem Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora. Powstała według projektu dwóch krakowskich pracowni architektonicznych, Wizja i nsMoonstudio. Ściany gmachu wykonano ze stali cortenowskiej. Corten z czasem pokrywa się charakterystycznym rudawym tlenkiem, co przypomina korozję. Jest jednak odporny, na nie długotrwałe działanie wody. Struktura stalowych paneli ścian ma nawiązywać do twórczości Tadeusza Kantora, jego rysunków, instalacji w tym teatralnych, jego zmagań z materią i jej deformacją. Cricoteka jakby otula sobą i swoim miękkim lustrzanym podbrzuszem budynek XIX wiecznej elektrowni. Odbicia w lustrzanym stropie tworzą dodatkową, niematerialną przestrzeń, w której miałoby się ochotę pozostać na dłużej. Plac pod Cricoteką ma w przyszłości posłużyć do działań performatywnych.



Umarła klasa






Rowerek


Zlew (nadal działający) ze spektaklu " Niech sczezną artyści"


Kąpiąca się z "Kurki wodnej"


Od zawsze próbowałem, i to jest chyba właściwe słowo tutaj, próbowałem poznać niezwykłe teatrum Kantora. Wszystkie jego ambalaże dojmującej rzeczywistości. Rzeczywistości przedmiotów niższej rangi, jak nazywał to sam Kantor, choćby krzesła. Interesowały mnie zatrważające inscenizacje jego przedstawień. Ba ! Same przedstawienia. Można trochę pouczestniczyć w świecie Kantora oglądając stałą ekspozycję z elementami inscenizacji sztuk. Jest tutaj cała, wykonana z papier mache upiorna „Umarła klasa”. Kto z nas, przejdzie obojętnie obok tych ławek ? Nie sposób też, nie zatrzymać się przy "Kąpiącej się" ze spektaklu- "Kurka wodna".



Dzieci w wózku na śmieci. "Teatr informel"


Teatr Kantora, teatr otwarty, happeningi, informel, cricotage, a w późniejszym okresie teatr nazwany teatrem śmierci to zjawiska i nurty fascynujące odbiorców i jednocześnie porażające swoim hermetyzmem i osobnością.




Wnętrze MOCAKU



MOCAK stanowi, pomimo teraźniejszej funkcji pełnienia muzeum sztuki współczesnej, pewną przeciwwagę dla Cricoteki. Budynek, a raczej zespół budynków umieszczonych na różnych wysokościach, co wyraźnie widać dopiero wewnątrz, został zaprojektowany przez włoskiego architekta Claudio Nardiego. Muzeum miało scalić się postprzemysłową bryłą z pozostałościami fabryki i muzeum Oskara Shindlera, do której teraz bezpośrednio przylega. Wydaje mi się, że te zamierzenia udało się tutaj zrealizować. Chociaż przyznam, że najbardziej przyciągnął moją uwagę surowy fronton z płyt betonowych i napisem MOCAK. Wewnątrz, natychmiast po wejściu narzuca się przestrzeń hal ekspozycyjnych. Ilość światła jaka dociera do wnętrza, nawet pomimo mało słonecznego dnia, poprawia nastrój i wzmacnia percepcję zgromadzonych dzieł sztuki z ostatniego dwudziestolecia.


Jedna z prac malowanych markerami Edwarda Dwurnika. Nikifory


Ekspozycja prac Nikifora


Fragment tryptku Katarzyny Górnej


Hiperrealizm Małgorzaty Blamowskiej



 Szczególnie podobał mi się wielkoformatowy tryptyk fotografii Katarzyny Górnej o wdzięcznym tytule , Fuck me, Fuck you, Peace. Dzieło nie wymaga dodatkowego objaśnienia. To bardzo czytelny manifest artystki. Odmiennych doznań dostarcza oglądanie "Nikiforów" Edwarda Dwurnika. Widać tutaj prawdziwą eksplozję markerowych, intensywnych barw zawartą w komiksowych, szalenie humorystycznych opowiastkach inspirowanych twórczością Nikifora Krynickiego.
Taki odkurzony, współczesny Kraków bardzo mi się spodobał. Dlaczego jednak w tytule wpisu użyłem określenia, modernistyczny ? Obydwa doskonałe projekty, nowa Cricoteka i MOCAK skojarzyły mi się ze śmiałymi bryłami willi modernistycznych Krakowa, czy też  Domu Plastyków przy ulicy Łobzowskiej, wybitnego architekta okresu międzywojennego Adolfa Szyszko Bohusza.  

niedziela, 14 września 2014

Wieczór Luizy






Jakie są te wrześniowe wieczory? Jakie są, kiedy już jesteśmy tutaj w Domku na Górce w pociesznej odległości ośmiu kilometrów od Częstochowy ? Olsztyn. Spacerujemy ostrożnie po alejkach, uważając na znaki obecności kun. Widzę rozgryzione jajko, a krok dalej kupkę. Szmery w zaroślach niosą ekscytujące poczucie obecności tych zwierząt. A może to jednak koty ? Kociska...   Domek, widzi pan, ten domek ma swoją historię. Przystaję bo wiem, że to nie będzie zwyczajna historia. Pan Tadeusz opowiada. AK tutaj siedziało. Ponury. A było ich dwóch. Jeden w Świętokrzyskich a ten drugi tutaj. Esesmani przychodzili do tego domku na kawę. Ciotka żony, przedwojenna inteligencja, języki włoski, niemiecki znała, mówiła płynnie, perfekt. W domu książki, polskie, niemieckie wydania. Niemcy pożyczali, a jak się dowiedzieli, że ciotka gra na pianinie to przyłazili posłuchać wieczorami. Jak było głośno, to chłopaki z AK nadawali przez radiostację pod podłogą kuchni. I ja gapię się na tą podłogę. Kwadrat wejścia w podłodze odcina się na linoleum. W drugim domku, wie pan, dziewięciu Żydów się ukrywało. I przeżyli wojnę. A zdjęcia można tutaj zrobić ? Niech pan robi. Artyści tutaj bywali. Profesor z Wrocławia, z ASP, grafikę nawet zostawił, o to ta.
Potem myślę o tych zdjęciach. Zapisać chwilę, zapisać ten wieczór ale bez kombinowania, po prostu. Od jednego razu, bez długich przymiarek, wrażeniowo. Sadzam Luizę na ganku. Tu i tu usiądziesz, z kubkiem herbaty, a może lepiej bez tego. Musi być jakaś atmosfera tego miejsca. Nastrój, pamięć, zamyślenie. Historia. I ta z wczoraj, z innych wrześniowych wieczorów, i ta stająca się teraz. 





 


piątek, 4 lipca 2014

Małe Formy Grafiki w Łodzi

Wybrałem się. Właściwie wybraliśmy się z A. Galeria Willa i tuż pod nią Galeria Chimera w pięknym, zupełnie niedawno odrestaurowanym, secesyjnym klejnocie architektury zaprojektowanym przez Gustawa Landaua Gutentegera. Dziesiątki grafik nadesłano z 62 krajów, na piętnastą edycję Triennale Grafiki w Łodzi. Na wystawę dotarłem dzień po wernisażu. Miejsce niezwykłe na tle szeregu obskurnych kamienic dokoła. W salach kilkoro ludzi poza nami. Miasto chyba nie potrafi się pochwalić tym co ma cennego, zachęcić kogoś do przyjścia tutaj. A przecież to wystawa i prace wyjątkowe. Grafiki w w swoim najszlachetniejszym wydaniu. Akwaforty, akwatinty, staloryty, sucha igła ShigekiegoTomury. Jego Drzewa. M. zobaczył znak na folderze autorskich prac Tomury i od razu wiedział, że chodzi o drzewo. Narysowałem znak kredką na kartonie i  oddałem się jakiejś dalekowschodniej transcendencji. Wcześniej,  podczas oglądania tych prac wykonywanych techniką suchej igły, czułem się podobnie. Chociaż o filozofii zen i kontakcie człowieka z bóstwem kami poprzez czystą, nieskalaną naturę, nie wiem prawie nic.


















Pozorna prostota i naiwność brazylijskiej grafiki









Włoski barok w grafice



Grafika z Litwy. Zastanawiające zestawienie znanych twarzy






Prace z Japonii. Zdecydowanie najciekawsze






Drzewa Tomury można obejrzeć w galerii Re:medium. Piotrkowska 113.



sobota, 5 października 2013

Werter nad Wartą.

Warta

Okolice Strońska. Starorzecza Warty i Widawki. Widoki, pejzaże wcześniej nieodkryte. Umykały. Jakoś zawsze w ciszy, czekały na poboczu popularnych szlaków. Tliły się nieśpiesznie w myślach,
że może jednak warto byłoby zobaczyć. Powdychać trochę tego wilgotnego nadwarciańskiego
powietrza. Zachłysnąć się leniwym jesiennym wieczorem. No i stało się. Przemierzałem łąki, pola
zalewowe, pastwiska, oczka torfowisk, wały przeciwpowodziowe. Zaglądałem do porośniętych mchem bunkrów, wsłuchując się w chwałę bohaterów września . Szedłem z Werterem w duszy i głowie. Wędrowałem dzikimi ścieżkami jako Werter.


Starorzecza
 

Wejście na wał przeciwpowodziowy. Ciągnie się kilometrami. Musiałem zawrócić...
 

Widok z wału na wieżę romańskiego kościoła w  Strońsku
 

Pastwiska na terenach zalewowych Warty

 
Znów Warta. Leniwa...

 



Tą drogą można dotrzeć do...
 

...doskonale zamaskowanych polskich bunkrów z września 1939 r.







sobota, 21 września 2013

Barwy Jesieni









Gdzie zobaczyć Ją można najpełniej, jeśli nie w ogrodzie ? Pojechałem. Dzień pochmurny. Edgar w barwnej koszuli przywitał mnie na werandzie. Przyjechał też Mały. Stwierdził, że będzie padać. Prawie nie wspominamy, rozmowa oficjalna. Rozglądam się po tych barwach wokół. Winobluszcz nabrał jakiejś winiarskiej dojrzałości. Na tym tle słonecznik - mocna żółć. Chyba ostatni w tym roku. Krzewy winorośli. Jeszcze tydzień i satynowe grona wylądują w balonie. Ale bez cukru chyba się nie obejdzie.
Potem obserwujemy kota. Biały, dobrze wypasiony, przychodzi od dawna. Pojawiły się nornice.
Deszcz, idziemy pod parasolem jak bracia. Mały idzie przed nami bez parasola. A co tam taki deszczyk zrobi ? A. zapytała mnie kiedyś, dlaczego taki fajny facet nie ma samochodu.
Nie jestem fajny. Chyba nie chcę być. Wsiadam w 69-kę i jadę domu. Pada.

sobota, 31 sierpnia 2013

Olsztyn k. Częstochowy. Polska na bocznych drogach



Kolejna podróż sentymentalna. Można by rzec werterowska. Pośród romantycznych wapiennych ruin zamków z okresu króla Kazimierza. Zapach traw, huk wiatru w skroniach, biała dama najzupełniej realna. Ja z fragmentami Woltera w głowie z analiz prof. Nasalskiej. Nadal w pamięci. Wędruję, niestety nie w epoce Wertera, nie w jego stroju.  Zapomniane już teraz, dzisiaj - Sturm und Drang. Napór i Burza. Po drodze napotykam tutejsze zjawy, upiory, polskie strachulce - zamkowych pomurników, jarmarcznych gębaczy, strzygonie, utopców, wąpierzy, leśne jędze czy przyczajonych przy szlakach, tuż po zachodzie słońca wilkołków i nocnice... Cudowne fantasmagorie tej krainy ostanców. Nie byliście ? Żałujcie.