piątek, 3 maja 2013

Zdarzyło się w kwietniu. Clos Montblanc Syrah



Popatruję przez okno, na tę żałosną pogodę majową. Chłód. Deszcz. Może to maj, może sierpień.
Wspominam tamten kwietniowy wieczór z Agnieszką i Marcinem.
Próbowałem sobie po przerwie w pisaniu tutaj, określić ogólny zarys tego tekstu.
Jak pisać o winie, kiedy znów tyle wydarzyło się obok.
Chłód. Początek kwietnia. Spotkaliśmy się z Agnieszką po tak długim okresie niewidzenia, że boję się sam przed sobą myśleć o tym , jak długim. Wino urosło tego dnia, do rangi pomnikowego symbolu. Wino jako wspólny mianownik tego spotkania. Wino na powitanie. Wino na pożegnanie.
Czekało niespokojnie na nas w ceglanym bloku z lat 50-tych.
Kawalerka, ulica Harcerska. Siedzimy w kuchni, trochę żółtawi od światła lampy. Przyglądam się butelce. Ciemna, nieprzenikniona i jeszcze nieodkryta zawartość. Obiecujący napis premium na etykiecie. Wino pochodzi z prowincji Terragona w Katalonii. Marcin niewiele o nim wie, albo czeka na to, co powiem. Ale tego dnia, nie wino przecież było dla mnie najważniejsze.
Wspomina o swoim uwielbieniu dla rieslingów. O pracy w winnicy. Nie pamięta, czy kiedykolwiek pił dobre wino włoskie. Ja piewca włoskiej enologii, przerażony. Słucham.
Potem wybiega do samochodu. Jest wino. Nie ma kieliszków. Gdzieś jedzie.
Teraz, tylko my, siostra i brat. Gawędzimy. Jaką drogę przeszliśmy ? A co przed Nią, w Londynie ?
Znów ten Londyn, jakaś nowa ziemia obiecana. Z ziemi obiecanej, łódzkiej do londyńskiej. Brytyjsko -londyńskie miraże. Złudna czy autentyczna lepszość tamtego świata. Jak długo jeszcze ?
Agnieszka staje przy oknie. Chłód. Widzę tego papierosa i próbuję udawać że mnie to nie obchodzi. Ale obchodzi. Bardzo. Myślę, że nie powinna.
Wraca Marcin, z pudełkiem kryształowych kieliszków pod pachą. Otwieramy shiraza.
Oglądamy korek. Tłustawa warstewka garbników przylega od spodu. Kolor purpury, który tak lubię.
Wino płynie już do małych (za małych trochę) kieliszków. Nie mamy czasu, ani odrobiny miłosierdzia dla trunku. Nie dajemy mu pooddychać. Jednak pojawia się. Zapach. Intensywny, narzucający się. Myślę o poziomkach, owocach wiśni. Czas na usta. O rześkości, zwiewności nie ma tutaj mowy.
Dojrzałość. Gładkość. Wewnętrzne piękno do odkrywania. Ale nie, nie dla nas. Jesteśmy tylko wielbicielami wina. Jego hurraoptymistycznymi smakoszami. Pijemy bez całego oceanu doświadczeń, pochodzenia tego wina, szczepu. Może to było tego dnia nawet niepotrzebne. Wszystkie punkty, oceny, rankingi Dekanterów, Parkerów etc. Pijemy ze świadomością wielkości tego co przed nami, ale nie potrafimy do końca tego określić. Zachwyt to pierwsze, co widzę na twarzy Agnieszki. Pomimo wysokiej zawartości garbników, nie ściąga policzków. Miękkość, znów gładkość. Wyczuwam delikatne zmarszczki w mocnej strukturze wina. Dąb ? Naturalnie czujemy beczkę i jesteśmy co do tego zgodni. Zakończenie subtelne, wystarczająco długie, bez nachalnej lepkości, odrobinę słodkawe, cynamonowe. Marcin proponuje coś do jedzenia, ale stanowczo odmawiamy.
Nie chcemy, nie możemy zakłócać tego błogiego stanu, spotkania z Clos Montblanc. To byłaby profanacja. To tutaj właściwe słowo.
Jaki zatem, był, hiszpański shiraz (syrah) tamtego wieczoru ? Jaki może być dla czytelnika tych słów? Autora... Być może jest to właśnie idealny towarzysz wieczornych spotkań ? Cudowne, magiczne dopełnienie czasu spędzonego razem.
Koniecznie z bliską osobą. To wino, które nie znosi samotności.

Agnieszce i Marcinowi dziękuję za miłe chwile spędzone razem.

sobota, 19 stycznia 2013

Valpolicella Zenato. Wino pod strzechą




Miałem napisać dzisiaj o zapachu. Jakie ma dla mnie znaczenie, w odbiorze wina.
Ale nie daje mi spokoju myśl o pewnej idei. Chodzi o sprowadzanie wina pod strzechy. O  pisanie, o winie w niższych rejestrach, odbrązowienie go, zdjęcie przyprawionej gęby przez pokolenia pijącej klasy wyższej, trunku dla elit.
Pierwszy był Michał.
Pełno światełek na mieście. Zadymka jak jasna cholera, wysiadłem z tramwaju, w którym
usłyszałem dyskusję, o nie istnieniu gdzieś, na czymś, w czymś. W internecie. Fejsbuku. Word podkreśla mi słowo - „internecie". Dla Worda nie ma internetu. Całego.
Idę zatem Kościuszki, boleśnie świadom własnego niebytu .
Prawie na oślep przeciskam się w przedświątecznym korowodzie postaci i marznę. Marznę bo to chyba śnieg i niepogoda. Może deszcz, a na pewno zima i święta. Bez wina przecież nie można. No  nie da się zwyczajnie.
Skręcam do Michała, a tutaj cichutko, przytulnie i ciepło bije po spieczonej mrozem i niebytem gębie od samiuteńkiego progu.
Przy barku kilka osób  rozkoszuje się zawartością kieliszków. Panie przyglądają mi się ciekawie, bo już wyciągam aparat z torby. Spokojnie, dzisiaj tylko butelkom.
Michał z rozbrajającą szczerością rzuca mnie na łopatki –
– Zatoczyłeś koło prawda ?
Nie było możliwości wykręcenia się, wypału celną ripostą i dociśnięcia adwersarza do ściany.
Owszem zdarzyło się trochę spotkań, czasem zwarć z winami, ale o tych zwyczajnie grzech wspominać, nawet przed sobą samym. No to tak, zatoczyłem koło i przyszedłem tutaj. Poczytałem trochę, połamałem głowę nad misterną konstrukcją opisów win pani Ewy. Zachłysnąłem się tą swobodą pisania  i picia, tą dezynwolturą wobec wina, tym że może być „pojechane” i nic mu to nie szkodzi, że nie zawsze trzeba w wysokich rejestrach o winie. Zestawiłem to z własnymi pisaniami, swobodnym potokiem refleksji z pokątnych podpijań i niuchnięć. Głównie przy książce.
Opowiadam o tym Michałowi, a ten na to, że wino powinno zejść wreszcie pod strzechy, być
bardziej przystępne, że wino to nie tylko dla Ąckich. To znaczy co ? Typ w podkoszulku i spodniach od dresu z plakatu o przemocy w rodzinie, nagle odrzuca browarek, pilot telewizora, przerywa lanie dziatek i żony i sięga po Barbaresco ?  Trudno to sobie wyobrazić dzisiaj. A poza tym wino u mnie, nie jest winem pod strzechą ?
Wtedy jeszcze o tym nie myślałem, odtajałem powoli i przywoływałem z pamięci zaprogramowaną formułę.
Odbezpieczam najcięższą kartaunę i wypalam do Michała.
-         Włoskie, czerwone z mocnym aromatem. Takim żeby zachwycił... Kogoś.
Miałem do wyboru jeszcze Francję, ale nie , jeszcze nie teraz.
Święta przeminęły z naturalną dla siebie szybkością. Potrawy popijane bułgarem i francuzem. Tego drugiego dostałem od młodzieży pod choinkę. Oba niezłe.
Valpolicella potrzebowała innego czasu na otwarcie , może własnej przestrzeni do rozmyslań. Może ten czas nadszedł właśnie teraz. 



 
Mówi się często, że wino ma mocną strukturę, budowę, ciało. Ja chyba na dobre pożegnam te
wygniecione do granic wytrzymałości określenia. Pochodząca z regionu Veneto Valpolicella jest winem zwartym, niezwykle stabilnym, scalonym, zupełnie jak betonowa płyta mojego bloku.
Otwarte we wtorek, tym samym okazuje się być w sobotę – zapachem pełnym nowych
doznań. Tak zapachem, nie aromatem. Aromat zostawiam ekspertom. Piję wino pod
strzechą, mam zatem pełne prawo do zapachu.
Opowiadałem w pracy o winie, o zapachach. Tytoń. Smoła. Czekolada.
A. z cudownym wstrętem reagowała na te historie.
Zapytała o wina z zapachem owoców, może kwiatów. I to jest właśnie to wino. Jeśli kocham ogród, jego głębokie kolory i zapachy – znów zapachy, to znajduję je właśnie tutaj.
Kilka słów o energii. Podziwiam kunszt twórców tego wina za nadanie  mu takiej siły.
Barwy stają się żywsze, dźwięki muzyki miękkie, płynne, czcionki w książce ostrzejsze.
Kot ciszej domaga się żarcia. Wspomnienia stają się bardziej znośne.
I ani słowa o alkoholu, jego jakby tutaj  nie było. Bezwietrznie, gładko, kieliszek. Potem drugi. Żal rozstania w pustej butelce. Cisza, radosny byt płynu w żyłach, oceniony przez Parkera na 89 punktów. Ale co tam Parker. Ważna jest magia. A jeśli jest w tym winie, to nie może być mowy o niższym rejestrze.
Nad blokowiskiem - tymi cudownymi cementowymi strzechami, rozlewa się ciemność. Noc długa, zimowa. Wyglądam oknem, dużo bieli nagle. Okularnik z klatki obok odśnieża chodnik. Sporadycznie pomaga. Raczej bez stałego zajęcia. Teraz odśnieża, a jesienią uprząta liście. Robi to dla mieszkańców. Dla nas, dla idei i ideowych podstrzechowców z bloków.
Bywa, że widzę go zawianego. Latem leży pod drzewkiem. Żona w wejściu do bloku, wyczekuje w kapciach. Ideą jest wówczas butelka.

Myślę o tym sprowadzaniu wina pod strzechę spoglądając na sufit, wylany z gierkowskiego betonu, zawieszony tuż nad głową.
Miałem dzisiaj napisać o zapachu.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Portret "Jot"

Jeszcze nie pełny, nie ukazujący tego, co J. skrywa gdzieś głęboko wewnątrz. Wszystkich tych pokładów energii i witalności, które dostrzegam prawie każdego dnia. Długo musiałem czekać na to spotkanie i tą jedną fotografię, którą wybrałem. Cieszy mnie myśl, że to dopiero początek, wspólnych fotograficznych wędrówek. Tak się złożyło, że portret ten umieszczam w Wigilię. 
Zatem, Wesołych Świąt dla Wszystkich !



poniedziałek, 8 października 2012

Tkanina Agnieszki





Wiedziałem już od jakiegoś czasu , że Agnieszka maluje, fotografuje, czasem pisze wiersze. Te norweskie tkaniny, chyba troszeczkę ukrywała do tej pory. Byłem na wernisażu w piątek w Cafe Wolność i zobaczyłem tam te materiały, naznaczone symbolami. Niekiedy to figuralia, a zdaje się, że jakieś kształty, ledwie zarysy runów bywają widoczne tutaj. Długie wstęgi płótna przypominające proporce wikińskich kog, dobijających do brzegów, może Brytanii . Czy są to Normanowie w jakimś czasie minionym, znaki Asgardu niosący przed sobą ?
Agnieszka ucierała, mieszała ze sobą różnorodne pigmenty według tradycyjnych receptur norweskich. Pigmenty i spoiwa drukarskie. Coś z tej norweskości pozostało w tych barwach. Tak wiele tutaj ugrów, umbr i żółcieni.
Musiałem sobie dużą część z tych kolorów wyobrażać w tym miejscu. Rozmyślać o ich świetlistości, emanacji energią.
Był wieczór, barwy zgaszone, oddalone, wolałbym zobaczyć Tkaniny w Kredensie. Ale nie było to chyba możliwe.
Agnieszka posiada dar ukazywania tego, co nie dostrzegalne. Czegoś co funkcjonuje poza czasem i wymiarem. Dałem się wciągnąć w ten świat, malując jego kształty po swojemu, odwracając go na własną stronę i cieszę się dzisiaj, pisząc o tym.
Tkaniny można jeszcze zobaczyć. Do 19 października, w Cafe Wolność.
Plac Wolności 7. Organizatorem wystawy jest Galeria Kredens.
Agnieszka Kołodziejczak. Tkanina.








A ja dziękuję, Agnieszce i Kredensowi.


niedziela, 16 września 2012

Stary aparat nad rzeką





Rozstawiam statyw, gdzieś nad rzeką w wysokich trzcinach. Kiwa się na wietrze. Później mocuję aparat. Stary, metalowy, ciężki do bólu kręgosłupa. Przed wyjściem z domu sprawdzałem jak działa. Jakieś trybiki wewnątrz terkotały równomiernie, płócienna migawka przesuwała się z głośnym trzaskiem. Działa, jest dusza wewnątrz.
Za oknem szaro, nieprzyjemnie, kot wraca szybko z balkonu i ogrzewa sobie łapy na moim ręku. Nie chciało mi się ruszać gdzieś z domu tego dnia. Ale wczoraj spotkałem O. Po wielu latach.
O szukała jakichś warzyw w miasteczku i nie mogła znaleźć. Szukała chyba długo.
Powiedziała mi, że czyta teraz Tajny Dziennik Mirona. To mnie uderzyło. Myślę o tym dzisiaj.
Ja tak się tym ucieszyłem, że nie sam go czytam i lubię, że zyskałem nowe siły do twórczego działania i pojechałem te dwadzieścia kilometrów za miasto.
Mam do zrobienia dwanaście klatek, taka jest objętość filmu. Marudziłem ,że to mało, a zrobiłem pięć. Wracam do analogowej fotografii, jej nieprzewidywalności., ziarna srebrowego, plastyczności obrazu i alchemii.
Rozległy obszar do fotograficznej eksploracji. Kraina K. Wciąż rozmyślam nad możliwościami jej pokazania. Opisania. Wszystko co pokazałem do tej pory, to zaledwie szkice, zarys gotowych prac, warsztaty w plenerze. A jak będzie gotowe, to może komuś pokażę. Popatrzę sobie i posłucham kogoś, czy się podoba ta moja robota.