Wiadomość o koncercie Johna Portera dopadła mnie dość nieoczekiwanie. Pierwsza była M. Posłała zwyczajowo kilka oszczędnych słów, o tym, że będzie, że zagra tu i o tej, ale zupełnie tak, jakby to nie było czymś istotnym. Chociaż wiedziałem już, bo przecież znałem ten pozorny woal obojętności, dystansu i miałem pewność, że to jest, będzie istotne. Również dla M. Przebiegałem, bardziej może przeciskałem się przez Bieg Ulicą Piotrkowską z szamoczącą się gdzieś myślą- jak zagra dzisiaj stary bard z lat młodzieńczych ? Nie pamiętam i nie uważałem Portera nawet w latach szaroosiemdziesiątych za outsidera, kontestatora na miarę choćby Kaczmarskiego czy Gintrowskiego. Jego winylowy longplay Helicopters w perelowskim m 4 został przewiercony na wylot igłą gramofonu z łódzkiej Unitry Foniki i liczbą odtworzeń do potęgi "n" . A jednak był dla mnie zawsze kimś spoza głównego nurtu. Postacią podążającą własną drogą, o brzmieniu nie łatwym. Nie dla wszystkich i ...