Przejdź do głównej zawartości

Posty

Dom Róż

Zdarzyło się  w środę wieczorem. Nie do końca wierzyłem w to, że się uda. Udało się, dzięki nim - Różom. Wiele pomysłów na te zdjęcia pochodziło od J. Było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Tak wcześniej nie fotografowałem. Za wszelką cenę próbowałem uchwycić emocje płynące z tej relacji. Myślę, że to się udało. Jest więc codzienność, taka domowa, ale jest też romantyzm w tej codzienności. Ilekroć nie patrzyłbym na te fotografie, za każdym razem dostrzegam wielkie pragnienie romantyzmu. Agnieszka zapytała mnie , skąd pomysł na francuski tytuł sesji. Nie napisała tego wprost, ale miała rację, to było zbyt pretensjonalne. Stąd też zmieniłem tytuł posta na Dom Róż. I niech już tak pozostanie.

Roses

  Róże. Najszlachetniejsze odmiany to te, o zniewalającym zapachu i nietypowym kolorze kwiatów. Płatki kwiatów róży są przyjemnie delikatne i satynowe w dotyku. Łodygi wydłużone i smukłe, nasycone zielenią, zaopatrzone w kolce. Kolce róż jako naturalna ochrona krzewu, mogą dotkliwie zranić pozbawionego szacunku intruza. Miałem nie mało szczęścia, że udało mi się Je sfotografować. Pozwoliły mi zajrzeć przez krótką chwilę do swojego małego świata. Świata na co dzień trochę osobnego ale przecież nie zamkniętego na innych. Świat to piękny, pełen wrażliwości, delikatny, gładki. Pokazujący też kolce wtedy, kiedy trzeba. Pozwoliły mi na bardzo wiele, także na to abym nazwał Je Różami, ale nigdy nie odważyłbym się powiedzieć o nich Różyczki ! Dziękuję za wyrażenie zgody na publikację zdjęć w blogu i fantastycznie spędzony czas w plenerze !

A w Krakowie...

Znajomy wyznawca Krakowa i wszystkiego co krakowskie powiedział mi kiedyś, że Kraków ma swój indywidualny zapach. Po latach sens tego stwierdzenia stał się dla mnie bardziej czytelny. Kraków jako miejsce mistyczne, niewyobrażalnie barwne, czasem pomnikowe , czasem jarmarczne. Przeszedłem stare miasto, z pragnieniem przybysza z zewnątrz na uchwycenie ducha Krakowa. To bardzo subiektywne widzenie, trochę ciekawskie, wtykające nos w wąskie uliczki w obrębie Plant. Podobnie jak chińskiej wycieczce na ostatnim zdjęciu, mało mi jeszcze tego Krakowa.    

Kawa

Kawy dostajemy w wysokich szklankach. Latte. Doskonałe, ale ja przekornie mówię, że w Affogato mają lepsze. Renata pokazuje mi jakąś antyczną metalową kasę na ladzie. Chciałaby taką mieć u siebie. Mam sfotografować dla niej, żeliwne suszarki do kubków. Kolejny prawdopodobny eksponat do kolekcji. Robię zdjęcia tym suszarkom, a Renata skinieniem głowy wskazuje, które podobają jej się szczególnie. Płaci za nasze kawy. Ja zupełnie bez grosza. Nieswojo. Ale nie przy niej. Kelnerka przygląda mi się ciekawie,  Renata tłumaczy, że jestem fotografem. Jakby to miało uspokoić obsługę kawiarni. I uspokaja. A fotografem nie jestem. Dla niej jednak tak. I muszę się z tym zgodzić. Mam już przydzielone zadanie na lato. Będę malował motyw lawendy na torebkach i torbach na zakupy - motyw jest na woreczku zawieszonym na ścianie. Torby mają być z materiału, ekologiczne. Później inne wzory. Zobaczy się. Pytam, kto to będzie kupował ? O widzisz, takie babki jak ta. Rozglądam się dokoła. Teraz ...

Opowiem o Łodzi . cz 1

Personifikacja głównych symboli miasta. Wolność, Przemysł i Handel. Alegoryczna rzeźba zdobi szczyt pałacu Juliusza Heinzla. Piotrkowska 104. Obecnie Urząd Miasta Organizm mojego miasta jest wciąż młody. Początek wieku XIX to okres jego dojrzewania. Była wówczas Łódź prawdziwym tyglem narodowościowym i kulturowym. Polacy, Żydzi, Rosjanie, Czesi, Morawianie, Brandenburczycy, Saksończycy. Wszystkie te nacje pozostawiły po sobie świadectwo - charakterystyczne piętno zamknięte już tylko w fotografiach, sztuce, przedmiotach i architektonicznych bryłach budynków. Monstrualne katedry przemysłu – fabryki włókiennicze i ich owoce w postaci pałaców fabrykantów i bankierów oraz ceglane famuły dla robotników. Świat niepiękny, nieromantyczny ale szalenie ciekawy i intrygujący do dziś. Odbiór Łodzi jako miejsca do zwiedzania wymaga pewnej specyficznej, odrębnej wrażliwości. Jakiegoś wewnętrznego dostrojenia do Jej nerwu, miarowego rytmu industrialnego. Dawniej było mi niezwykle trudno o ta...

Opowiem o moim mieście.

Odkrywamy je na nowo. Miejsca, które pozornie znamy. Tutaj się stawaliśmy, budowaliśmy tożsamość. Zdarza się, że czasami ją tracimy. Zmierzamy ku nowemu, nie oglądając się za siebie. Wybrałem się w wędrówkę pieszą po najpiękniejszych miejscach mojego miasta. Sentymentalną. W miłym towarzystwie bibliotekarzy łódzkich. Spróbowałem odzyskać własną tożsamość, określić się, kim jestem i skąd przychodzę. To wędrówka nie tylko dla mnie. Dla Agnieszki, Marcina, Di Em i wielu innych, których wiatry historii poniosły z  ziemi łódzkiej obiecanej do nowej ziemi obiecanej za kanałem La Manche. Na szerszą relację zapraszam już niebawem. A dzisiaj umieszczam mój lustrzany autoportret  z pałacu  Maksymiliana Goldfedera przy Piotrkowskiej 77 .

Znów w ogrodzie Edgara

Byłem tutaj dwa lata temu. Szczęśliwy. Kombinowaliśmy wtedy z Edgarem nad kompozycją. Ukazaniem piękna Ogrodu, detali, planów trochę malarskich. Ale tym razem spotkaliśmy się tutaj w szerszym gronie przyjaciół. Nie chcę pokazywać tych wszystkich sytuacji typowych dla letnich miejsc spotkań. Tego całego biesiadowa. Ile już widzieliśmy podobnych fotografii ? Podobało mi się światło tego dnia. Ciepłe. Raz żółcienie, a potem biel i oranże pod wieczór. Popatrzyłem na Edgara. Oparty o ścianę pod baldachimem winobluszczu pięcioklapowego, przypominał pieśniarza Fado z Coimbry. Słońce przeświecało  cętkami, wielokątami plamek  tańcząc nam na nosach. Pomyślałem o zdjęciu z kilkoma planami, przestrzenią. Może takim, które to portugalskie Fado pomogłoby wywołać z wyobraźni. Które oddałoby trochę nastroju, temperatury tamtego dnia i spotkania po długim czasie.